„Utożsamiałam się „człowiekiem” czyli z kim? Z ideą, obrazem czegoś, które odnajdywałam w książkach, religii, psychologii, w obrazie swojego taty, który był dla mnie wzorcem postępowania, w świeckich wzorcach moralnych, które podobnie jak te biblijne, wskazują wzorzec „człowieczeństwa”. Chciałam być „nim”, porządnym człowiekiem… i byłam „mężczyzną”. I choć starałam się robić, co trzeba, nadal czułam się zła i czułam się źle, no bo żyłam wbrew sobie, byłam przecież kobietą-człowiekiem, a nie mężczyzną-człowiekiem!” / z archiwum autorki


Nie można być jedno z Bogiem, gdy nie jest się jedno ze sobą

Nie umiemy czytać Ewangelii, nie umiemy czytać Starego Testamentu. Niezależnie od wyznawanego światopoglądu mamy podobne – często szablonowe – wyobrażenia o tym, czym jest miłość, czym egoizm, grzech, dobro i zło. Wiele z przesłań na temat tego, kim jesteśmy i do czego jesteśmy powołani, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością i realnym dobrem – tym, co jest dobrem w oczach Boga. Tak było w moim przypadku.

Po nawróceniu i przed nawróceniem. Kilka słów o mnie

Przez większość mojego życia towarzyszył mi lęk. Długo nie wiedziałam, że był to lęk przed sobą, a nie lęk o siebie. Od dziecka byłam smutna, miałam bardzo krytyczny obraz siebie. Pomimo, że jako dorosła osoba domyślałam się, właściwie znałam przyczyny tego stanu, nie umiałam go zmienić. Bezskutecznie leczyłam się z depresji, w końcu zachorowałam na raka. Prawdopodobnie dzięki temu, że tak układało się moje życie, szukałam Go. Dziś wiem, że byłam blisko Niego wtedy, gdy najmniej o tym wiedziałam, wtedy, gdy jeszcze Go nie znałam. Nawróciłam się w wieku 25 lat, po chorobie. Ale to, co mnie zmieniło, stało się dopiero siedem lat później, w 2010 roku. Rozmowy z Panem Nikt ( tak nazwałam wtedy Boga) traktują o tym przełomie. Pokazują, że droga realnego nawrócenia niekoniecznie rozpoczyna się w dniu, gdy człowiek po raz pierwszy doświadczy Jego bliskości, ale wtedy, gdy Bóg nas zostawia samych ( a może po prostu powołuje). To wtedy rozpoczęło się moje prawdziwe nawrócenie. Musiałam pokochać i przyjąć siebie. Ale najpierw musiałam siebie poznać, gdyż okazało się, że tak naprawdę nie wiem, kim jestem. Podczas trwającej od tamtej pory nocy wiary Bóg podważył całą moją dotychczasową wiedzę na swój i mój temat. Musiałam odrzucić „mądrości mędrców” i dotrzeć do źródła wiary prostej, można rzec prymitywnej, nieskażonej teoretyzowaniem na temat miłości i ludzką tradycją. Człowiek, który stracił wzrok, instynktownie szuka światła. Zaś kto od niego oślepnie, nigdy nie zapomni, czym jest światło. Bezsilność wyczuliła mnie na to, czym jest prawdziwa miłość. Dziś wiem, jak ważne jest to, w co wierzymy ( w istocie – co kochamy). Mądra wiara ( mądra miłość) przywraca wolność, natomiast „zła wiara” wolność odbiera. Piekło to stan ducha i zaczyna się tu, na ziemi. To odcięcie od  źródła miłości, które jest w nas.

Ja, która jestem kobietą

Myśl, by na poważnie podzielić się swoim doświadczeniem wiary, powróciła po raz kolejny po lekturze książki „Kościół kobiet” Zuzanny Radzik. Unaoczniła mi, że nie jestem odosobniona w swoje refleksji. Zjawisko duchowego rozdarcia jest faktem, a jedną z jego przyczyn są wzorce zachowania i myślenia, którymi nasiąkamy żyjąc w danym środowisku, społeczeństwie, kulturze ( to inni mówią nam, jak powinniśmy żyć, co jest dobre a co nie, kulturowy obraz Boga)*. Nie zdawałam sobie sprawy, że moja refleksja ma tak wiele wspólnego z teologią feministyczną. Nigdy nie uważałam siebie za feministkę, ale najwyraźniej „z natury rzeczy” się nią stałam. Moje drugie nawrócenie oznaczało zwrot w kierunku utraconego „ja”, a co za tym idzie także w kierunku swojej kobiecości. To wyjątkowo trudne dla mnie doświadczenie egzystencjalne, które osobiście uważam po prostu za głęboko ludzkie, ukazuje jedynie znamienny fakt, że dopóki rozpatruje się swoje człowieczeństwo poza własną tożsamością, nie można powiedzieć niczego o Bogu, nie można niczego powiedzieć o człowieku. Tymczasem zarówno kobiety jak i mężczyźni interpretują swoje ego przez pryzmat bycia mężczyzną.  Pomimo zmian kulturowych wzorzec człowieczeństwa egzystujący w powszechnej świadomości to nadal męski wzorzec. Teologia katolicka to również „męska” teologia**. Obraz człowieczeństwa tworzony w oparciu o jej wykładnie to obraz mężczyzny. Nie ma w nim kobiety, bo kobieta jest tu także mężczyzną. Jest to też źródło trudności, jakie napotykają kobiety w doświadczaniu swojej relacji z Bogiem, w doświadczeniu własnej kobiecości i boskości. Kobiety bardzo często mają problem z prawidłowym ( tj. zgodnym z realiami) rozeznaniem swojego grzechu i motywów postępowania. Często doświadczają nieuzasadnionego poczucia winy, biorą odpowiedzialność za coś, czego nie popełniły. Z drugiej strony tam gdzie mogą działać, nie robią nic (w dobrej wierze), stając się współwinnymi wyrządzanego zła. Kobieta musi uczyć się kochać siebie wciąż „bardziej”. Musi uczyć się kochać siebie tak, jak potrafi kochać drugiego człowieka. Musi ZOBACZYĆ siebie i zdefiniować swoją tożsamość od nowa. Może nauczyć się jej od Boga, ale niekoniecznie z wykładni kościelnych. Wręcz przeciwnie, w kobiecie wierzącej często dochodzi do rozdźwięku pomiędzy jej intuicją BYCIA ( ŻYCIA), a projekcją wewnętrznego obrazu siebie ukształtowanego kulturowo. Tożsamość takiej kobiety staje się wykrzywiona, androgyniczna. I choć na taki stan rzeczy ma wpływ nie tylko religia, interesuje mnie właśnie ten obszar. Obszar, w którym niezwykle często dochodzi do konfliktu między Objawieniem a jego interpretacją ( nauczanie Kościoła Katolickiego), między wyobrażeniem, wzorcem moralnym i religijnym a faktycznym dobrem.

Pierwotnie Rozmowami z Panem Nikt nazwałam zapisy myśli, które powstały we wspomnianym okresie nawrócenia w nocy wiary ( „W więzieniu Boga. Rozmowy z Panem Nikt” / Teksty). Wiele z nich opisuje spotkanie z Bogiem jako spotkanie z Nicością. Dotyczą też poznania Boga we wnętrzu własnego Ja ( parz też audio O obrazach M). Teksty te są trudne, pełne sprzeczności. Jednak będę do nich wracać i się nimi posługiwać. Pojawiająca się w nich niespójność obrazu Boga jest według mnie kluczowa, by zacząć mówić o Bogu i człowieku, o ich wzajemnej miłości. Pęknięcie oblicza Boga, którego nie można sprowadzić wyłącznie do filozoficznej refleksji na temat obrazów Boga czy natury samego obrazu, jest według mnie etapem koniecznym w drodze dojrzewania do prawdy o sobie i o Nim. Rozbicie obrazu Boga jest bowiem nie tylko odzwierciedleniem niespójności wewnętrznej człowieka i rozdźwięku pomiędzy tym, w co się wierzy a tym, czego się doświadcza. Poza demistyfikacją wewnętrznych projekcji w pękniętym obrazie Boga można odnaleźć coś więcej – Jego samego. Spotkanie z Bogiem Żywym jest doświadczeniem dzielącym wewnętrznie i doświadczeniem Boga Podzielonego. Bóg jest postacią dramatyczną i rozdartą, a to za sprawą miłości do człowieka i utożsamienia się z człowiekiem. Biorąc na siebie nasze człowieczeństwo, staje On po dwóch stronach barykady ( tym rozpostarciem POMIĘDZY jest Krzyż). Dramat i rozdarcie Boga i zarazem dramat człowieka kończą się w momencie zjednoczenia człowieka z samym sobą, nie inaczej. Człowiek jednoczy się z Bogiem przyjmując swoje człowieczeństwo, nie odwrotnie. To odrzucenie własnego człowieczeństwa jest źródłem podziału między Bogiem a człowiekiem. Podziału, który de facto nie istnieje. Bóg czeka na nas w naszym sercu i woli, czeka cierpliwie aż przestaniemy walić w Niego jak w zamknięte drzwi. Istotą zbawienia jest przyjęcie tego, co już jest. Pomimo, iż zdawać się może, że nie ma nic prostszego ( w przeciwieństwie do wyrzeczenia) jest to trudny i bolesny proces. Prawda o człowieku jest taka, że w istocie bardzo boi się on siebie, ma zakodowane przesłanie, że jego natura jest źródłem zła. Dojrzewanie do przyjęcia własnego człowieczeństwa jest nocą ciemną, pozbawioną fajerwerków i niebiańskich odlotów. To nauka miłości najbardziej wymagającej i trudnej, bo miłości do siebie samego.

Katarzyna Miller, listopad 2018


* toksyczne związanie z miłością (a może jedynie z  jej pozorem) to problem fundamentalny, gdy mówimy o odzyskiwaniu więzi z żywym Bogiem. Temu poświęcona jest ta strona

** pomijam naukę o grzechu pierworodnym

***Tradycyjna teologia  a priori przypisuje człowiekowi męską naturę i poprzez ten pryzmat interpretuje grzech. To myślenie zakotwiczone jest także w kobiecie. Tymczasem nie każdy człowiek jest mężczyzną, natomiast każda kobieta jest człowiekiem. Droga do Boga nie wiedzie więc przez jakiś abstrakcyjny obraz Boga i „wiedzę” o Nim,  lecz poznanie Boga zapoczątkowane jest w poznaniu siebie. Po nitce do kłębka, nie inaczej.

Droga do Boga jest drogą do Siebie i OD „siebie”. W praktyce oznacza to,że inaczej interpretuję zło i dobro, jeśli patrzę na siebie i świat  jako kobieta ( gdy CZUJĘ NIĄ i PATRZĘ NIĄ), a inaczej, gdy interpretuję siebie poprzez ideę czy wyobrażenie „człowieka”

Innymi słowy tym, co w każdym człowieku determinuje jego postrzeganie siebie, kształtuje sumienie i system wartości, jest jego obraz Prawdy. Tymczasem zarówno kobiety jak i mężczyźni interpretują Ją przez pryzmat bycia mężczyzną. I choć ktoś może powiedzieć, że nie ma męskiej i żeńskiej prawdy, bo Prawda jest jedna, to jednak drogi dochodzenia do niej są różne. Prawdy nie można opisać, z Prawdą trzeba się spotkać a można to zrobić tylko i wyłącznie będąc w prawdzie ze sobą.

Odrzucając swoją tożsamość nie można przyjąć zbawienia. NIE MOŻNA POZNAĆ BOGA, NIE ZNAJĄC SIEBIE; nie można właściwie ocenić rzeczywistości pozostając poza nią.

/ komentarz autorski

Większość z nas niezależnie od wyznawanego światopoglądu ma podobne, zwykle stereotypowe, wyobrażenia o tym, czym jest miłość, egoizm, dobro i zło. Wiele z przesłań  na temat tego, kim jesteśmy i do czego jesteśmy powołani ma niewiele wspólnego z rzeczywistością realnym dobrem – tym, co jest dobrem w oczach Boga – tak było w moim przypadku.

Przez większość swojego życia żyłam jakby obok siebie.  Od dziecka towarzyszył mi silny lęk i poczucie winy. Miałam bardzo krytyczny obraz siebie. Przez wiele lat leczyłam się z depresji, w końcu zachorowałam na raka. Prawdopodobnie dzięki temu, że tak układało się moje życie, szukałam Go. Dziś wiem, że byłam blisko Niego wtedy, gdy najmniej o tym wiedziałam, wtedy, gdy jeszcze Go nie znałam. Nawróciłam się w wieku 25 lat, po chorobie. Ale to, co mnie zmieniło, stało się dopiero siedem lat później, w 2010 roku. To wtedy tak naprawdę zaczęło się moje prawdziwe nawrócenie. Musiałam przyjąć i pokochać siebie. Bezwarunkowo i natychmiast. Podczas trwającej wiele lat nocy wiary zostałam zmuszona zweryfikować całą swoją dotychczasową „wiedzę” na swój i Jego temat ( na temat Boga). Musiałam odrzucić „mądrości mędrców” i dotrzeć do źródła wiary prostej, można rzec prymitywnej, niepokornej, bo nieskażonej ludzką tradycją. Człowiek, który stracił wzrok, instynktownie szuka światła. Kto od światła oślepnie, nigdy nie zapomni, czym ono jest. Dziś wiem jak ważne jest to, w co świadomie, ale i – co ważne – nieświadomie wierzymy, bo tak naprawdę TO kochamy temu jesteśmy poddani. Bezsilność wyczuliła mnie na to, czym jest prawdziwa miłość. Miłość leczy, nie uśmierca. Mądra wiara – mądra miłość, przywraca życie, zła wiara,  życie odbiera, odbiera wolność. Piekło to stan ducha i zaczyna się tu, na ziemi. To odcięcie od Prawdy, która jest w nas.

Ja, która jestem kobietą

Myśl, by na poważnie podzielić się swoim świadectwem, powróciła po raz kolejny po lekturze książki „Kościół kobiet” Zuzanny Radzik. Unaoczniła mi, że nie jestem odosobniona w swojej refleksji. Problem duchowego rozdarcia człowieka ( tu konkretnie kobiety)wywołanego wzorcami myślenia, zachowania i odczuwania, narzucanymi przez środowisko, społeczeństwo i kulturę ( to inni mówią nam, jak powinniśmy żyć, co jest dobre a co nie, a więc też kulturowy obraz Boga)* jest faktem, a nie  jednostkowym zjawiskiem czy wyssanym z palca wymysłem. Bo choć ja sama nigdy siebie nie uważałam za feministkę, moje doświadczenie wiary było jest mocno feministyczne, gdyż nie mogło być inne.  Moje nawrócenie oznaczało zwrot w kierunku utraconego „ja”, i z konieczności stało się zwrotem w kierunku swojej wypartej kobiecości. To wyjątkowo trudne doświadczenie egzystencjalne ukazało znamienny fakt, że dopóki rozpatruje się swoje człowieczeństwo poza własną tożsamością, nie żyje się. Nie można być blisko z Bogiem, nie będąc blisko zes obą, nie można Go poznać ignorując to, kim się jest . Nie można też niczego powiedzieć niczego o Bogu, nie można niczego powiedzieć o człowieku(2). Tymczasem zarówno kobiety jak i mężczyźni interpretują swoje ego przez pryzmat bycia mężczyzną.  Pomimo zmian kulturowych wzorzec człowieczeństwa egzystujący w powszechnej świadomości to nadal męski wzorzec. Teologia katolicka to również „męska” teologia (3). Obraz człowieczeństwa tworzony w oparciu o jej wykładnie to obraz mężczyzny. Nie ma w nim kobiety, bo kobieta jest tu także mężczyzną. Jest to też źródło trudności, jakie napotykają kobiety w doświadczaniu swojej relacji z Bogiem, w doświadczeniu swojej kobiecości i boskości. Kobiety bardzo często muszą pokonać długą drogę nim nauczą się prawidłowo tj. zgodnym z realiami rozeznawać swój grzech i motywy postępowania. Często doświadczają nieuzasadnionego poczucia winy, biorą odpowiedzialność za coś, czego nie popełniły. Z drugiej strony tam gdzie mogą działać, nie robią nic (w dobrej wierze), stając się współwinnymi wyrządzanego zła. Kobieta musi uczyć się kochać siebie wciąż „bardziej”. Musi uczyć się kochać siebie tak, jak potrafi kochać drugiego człowieka. Musi ZOBACZYĆ siebie i zdefiniować swoją tożsamość od nowa. Może nauczyć się jej od Boga, ale niekoniecznie z wykładni kościelnych. Wręcz przeciwnie, w kobiecie wierzącej często dochodzi do rozdźwięku pomiędzy jej intuicją BYCIA ( ŻYCIA), a projekcją wewnętrznego obrazu siebie ukształtowanego kulturowo. Tożsamość takiej kobiety staje się wykrzywiona, androgyniczna. I choć na taki stan rzeczy ma wpływ nie tylko religia, interesuje mnie właśnie ten obszar. Obszar, w którym niezwykle często dochodzi do konfliktu między Objawieniem a jego interpretacją ( nauczanie Kościoła Katolickiego), między wyobrażeniem, wzorcem moralnym i religijnym a faktycznym dobrem.

Pierwotnie Rozmowami z Panem Nikt nazwałam zapisy myśli, Wiele z powstałych wówczas tekstów, choć pisałam b. mało i krótko, opisuje spotkanie z Bogiem jako spotkanie z Nicością ( audio o obrazach M opowiada o uwolnieniu z iluzji Boga z jednej strony i zjednoczeniu z Nim z drugiej ). Dotyczą też poznania Boga we wnętrzu własnego ja . Teksty te są trudne, wydają się pełne sprzeczności, powstały jako prywatne notatki, które robiłam dla siebie, by zrozumieć to, w czym się znalazłam. Zastanawiałam się, czy powinnam je publikować ze względu na ich subiektywizm i terapeutyczny charakter, i postanowiłam je zachować.  Pokazują bowiem  pęknięcie obrazu Boga – mojego Boga – które ukazało się w tamtym czasie. Pęknięcie oblicza Boga, jest według mnie etapem koniecznym w drodze dojrzewania do prawdy o sobie i o Nim. Rozbicie obrazu Boga jest bowiem nie tylko odzwierciedleniem niespójności wiary człowieka i rozdźwięku pomiędzy tym, w co się wierzy a tym, czego się  doświadcza. Poza demistyfikacją wewnętrznych projekcji w pękniętym obrazie Boga można odnaleźć coś więcej – Jego samego. Spotkanie z Bogiem Żywym jest doświadczeniem dzielącym wewnętrznie i doświadczeniem Boga Podzielonego. Bóg jest postacią dramatyczną i rozdartą, a to za sprawą miłości do człowieka i utożsamienia się z człowiekiem. Biorąc na siebie nasze człowieczeństwo, staje On po dwóch stronach barykady ( tym rozpostarciem POMIĘDZY jest Krzyż). Dramat i rozdarcie Boga i zarazem dramat człowieka kończą się w momencie zjednoczenia człowieka z samym sobą, nie inaczej. Człowiek jednoczy się z Bogiem przyjmując swoje człowieczeństwo, nie odwrotnie. To odrzucenie własnego człowieczeństwa jest źródłem podziału między Bogiem a człowiekiem. Podziału, który de facto nie istnieje. Bóg czeka na nas w naszym sercu i woli, czeka cierpliwie aż przestaniemy walić w Niego jak w zamknięte drzwi. Istotą zbawienia jest przyjęcie tego, co już jest. Pomimo, iż zdawać się może, że nie ma nic prostszego ( w przeciwieństwie do wyrzeczenia) jest to trudny i bolesny proces. Prawda o człowieku jest taka, że w istocie bardzo boi się on siebie, ma zakodowane przesłanie, że jego natura jest źródłem zła. Dojrzewanie do przyjęcia własnego człowieczeństwa jest nocą ciemną, pozbawioną fajerwerków i niebiańskich odlotów. To nauka miłości najbardziej wymagającej i trudnej, bo miłości do siebie samego.

Kasia Miller

17 listopada 2018


1.Okazuje się, że każdy pogląd zrównujący wartość wszystkich ludzi bez względu na płeć, wyznanie, pochodzenie, orientację czyni ze mnie feministkę w świecie, w którym nie uznaje się takiej równości)2. Ja utożsamiałam się „człowiekiem” czyli z kim? Byłam ideą, która odnajdywałam w książkach, religii, psychologii, w obrazie swojego taty, który był dla mnie wzorcem, w  wykładniach moralnych, religijnych, które mówią mi jaki powinien być dobry człowiek. No i starałam się być tym „człowiekiem” czyli mężczyzną… Bo  TZW. CZŁOWIEK  w tych wykładniach książkowych to w istocie mężczyzna,  i choć robiłam wszystko co trzeba czułam się zła, bo żyłam wbrew sobie czyli źle, bo przecież byłam kobietą-człowiekiem, a nie mężczyzną-człowiekiem!)

3. toksyczny obraz miłości, nasze doświadczenia z dzieciństwa, odzwierciedlają się w sposobie funkcjonowania w relacji z Bogiem, nawet jeśli tego zewnętrznie nie widać.

4.pomijam naukę o grzechu pierworodnym

5. Tradycyjna teologia  a priori przypisuje człowiekowi męską naturę i poprzez ten pryzmat interpretuje grzech. To myślenie zakotwiczone jest także w kobiecie. Tymczasem nie każdy człowiek jest mężczyzną, natomiast każda kobieta jest człowiekiem. Droga do Boga nie wiedzie więc przez jakiś abstrakcyjny obraz Boga i „wiedzę” o Nim,  lecz poznanie Boga zapoczątkowane jest w poznaniu siebie. (Bóg zawsze przychodzi do człowieka poprzez jego serce i działa w sercu). Znaczy to tyle, że o ile Prawda sama w sobie nie ma płci, to droga do Jej poznania a przede wszystkim wyboru, dokonuje się w konkretnym sercu. Prawdy nie można opisać,  z Nią trzeba się spotkać, a można to zrobić tylko i wyłącznie będąc w prawdzie ze sobą.

Droga do Boga jest drogą do Siebie i OD „siebie”. W praktyce oznacza to,że inaczej interpretuję zło i dobro, jeśli patrzę na siebie i świat  jako kobieta ( gdy CZUJĘ NIĄ i PATRZĘ NIĄ), a inaczej, gdy interpretuję siebie poprzez ideę czy wyobrażenie „człowieka”.

Odrzucając swoją tożsamość nie można przyjąć zbawienia. NIE MOŻNA POZNAĆ BOGA, NIE ZNAJĄC SIEBIE; nie można właściwie ocenić rzeczywistości pozostając poza nią.

Menu